W październiku po raz kolejny trafiłam do szpitala. Znów zapalenie płuc…

Niestety tym razem moje żyły poważnie się zbuntowały i niemal codziennie panie pielęgniarki musiały mi zmieniać wenflon.

Wpłynęło to zdecydowanie na moją decyzję dotyczącą założenia portu naczyniowego. Z jednej strony bardzo się bałam samego zabiegu i tego, że pod moją skórą będzie jakiś „robaczek”, ale z drugiej miałam już serdecznie dosyć ciągłego kłucia moich żył.

Kiedy nadszedł ten ważny dzień, stres zżerał mnie i moją mamę.  Miałam nadzieję, że zamknę oczy i nagle obudzę się już po wszystkim. Podano mi tabletkę, po której rzekomo miałam „być spokojniejsza” i zawieźli mnie na salę operacyjną. Nie byłam uśpiona, ale dostałam środki znieczulające. Mimo to trochę bolało.

Po operacji dużo spałam i czułam się słaba. Jednak z każdym dniem było coraz lepiej, aż w końcu przestałam brać środki przeciwbólowe i zaczęłam spać na obu bokach 🙂

Mimo, że sam zabieg nie był niczym przyjemnym i strasznie panikowałam przy zmienianiu opatrunku i wyjmowaniu igły z portu (choć to wcale nie bolało) to czuję się znakomicie. Jestem bardzo szczęśliwa, że podjęłam tę decyzję. Teraz moje wyjazdy do Rabki nie będą  wiązały się ze stresem przy zakładaniu wenflonu, obserwacją czy kroplówka prawidłowo kapie, czy czasem ręka z wenflonem nie puchnie… To już przeszłość.

P.S.

Mój port nosi imię Olaf 🙂